wtorek, 23 września 2014

Poza czytaniem

Słów kilka o moim najdłuższym (jednego dnia) wyjeździe, czyli wypadzie do Gołuchowa. Zbierałam się do niego przez kilka tygodni, w końcu zdecydowałam się. Dzień ani gorący, ani zimny, idealny do rowerowego wyjazdu, szkoda tylko, że mocno wiało. Musiałam nadłożyć sporo kilometrów, bo chciałam trzymać się asfaltu, a nie błądzić po nieznanych mi lasach. Za Rychwałem skręciłam na szlak bursztynowy, który prowadzi do Kalisza i trzymałam się go niemal przez połowę trasy. Już w tamtym roku odkryłam, że odbijając kilka kilometrów od głównej drogi, natrafia się na pozostałości budownictwa Olędrów, które zachowane jest  w różnym stopniu. Więcej na ten temat można poczytać na stronie Puszczy Pyzdrskiej.
Zniszczony budynek w stylu olęderskim

Po kilku kilometrach natrafiłam na roboty drogowe, ale panowie mnie przepuścili, nie musiałam nadkładać 10 kilometrów, ale nic za darmo, dlatego przez 3 km walczyłam z frezowanym asfaltem, co pomimo amortyzatorów przy rowerze, nie było przyjemnym przeżyciem.

Z każdym kilometrem zbierało się coraz więcej chmur, nawet zagrzmiało, jednak postanowiłam, że nie poddam się i jechałam dalej. I po raz kolejny przekonałam się, że upór procentuje pozytywnie, bo dojechałam po 4 godzinach i pokonaniu 74 km, trochę zmęczona, ale z sukcesem, a przy okazji nie spadła ani jedna kropla deszczu.



Zamek w Gołuchowie


Wracając chciałam uniknąć prac drogowych, dlatego wybrałam inną drogę, pobłądziłam, odnalazłam się, jechałam przez las (hmm… wiem, że miałam tego unikać) i zmęczona dojechałam do domu. Dziękuję przy okazji sympatycznej Pani, której imienia nie znam, ale która w Choczu pokazała mi właściwą drogę na skróty :)

Bilans 7:30 w trasie, 138 przejechanych kilometrów i trochę opalenizny, bo jednak pogoda okazała się łaskawą i zamiast burz, pojawiło się słońce, które towarzyszyło mi przez całą powrotną drogę.

2 komentarze: