piątek, 21 marca 2014

Eli, Eli. W. Tochman


Źródło okładki
Tekst i obraz, obraz i tekst. Trudno je rozdzielić, stwierdzić, który jest ważniejszy, który wybija się na pierwszy plan. Tekst komentuje fotografię, fotografia wprowadza do tekstu, prowokuje do opowieści, jednocześnie wzmacnia słowo. Jest to zasada, która konsekwentnie realizowana jest w książce Wojciecha Tochmana „Eli, Eli”, z przejmującymi fotografiami Grzegorza Wełnickiego.

Po tekstach dotyczących polskiej rzeczywistości czy ludobójstwa w Rwandzie, Tochman zagłębia się w slumsy Filipin. Zdjęcie grobu (kobiety zmarłej w 1926 r.) stało się pretekstem do opowiedzenia historii Filipin, kolonizacji, biedy, seks biznesu, misji, a zarazem jest to wprowadzenie do losu dzieci mieszkających na cmentarzu, gdzie mają namiastki domów. Tochman pisze: „Na tysiąc urodzonych noworodków umiera dwadzieścioro troje. I kolejna trzydziestka przed piątymi urodzinami. Golas na grobie ma więc spore szanse, aby sobie pożyć. I zero szans, by wyjść z zakazanego miasta złodziejstwa, kurestwa, dragów, noży w plecach i piętrzącego się pod murem gówna. Pstryk!” (s. 31). Dzieci Filipin to głodne sieroty, każdego dnia poddawane przemocy, gwałcone, świadome, że przeżyje najsilniejszy. Dotyczy ich także prostytucja, masowe aborcje, handel ludźmi.

Do opisu biedy i upokorzenia Tochman używa brutalnego, odartego z patosu języka, a jednocześnie stara się pokazać ludzi, którzy żyjąc w slumsach starają się zachować godność. Godność, o którą trudno jest ludziom niedożywionym, chorym, bez wykształcenia, przedwcześnie umierającym czy prostytuującym się. Wykorzystuje dużo przymiotników, których nagromadzenie dodatkowo uderza w czytelnika, zmusza do odłożenia tekstu i zastanowienia nad przeczytanym fragmentem. Nad wszystkim unosi się gdzieś zawołanie Eli, Eli, bo aż trudno uwierzyć w koncentrację biedy i zła, jakie dotykają tych ludzi i można zapytać: czy Bóg o nich zapomniał?

Na fotografiach także najważniejsi są ludzie. Nie są to zdjęcia Pstrykaczy, czyli białych turystów, którzy zwiedzają slumsy, ale świadomego swojej pracy i roli zawodowca, który rejestruje życie Filipińczyków i otwarcie z autorem tekstu przyznaje, że zarabia na ich tragedii. Pojawiają się zatem refleksje na temat zawodu dziennikarza i fotoreportera, co wolno robić, a co jest już nieetyczne.

„Eli, Eli” to książka oskarżycielska, a jednocześnie wyraz bezsilności, świadomości, że zmiana tego stanu rzeczy jest nie tyle trudna, co wręcz niemożliwa. Zmianą nie jest zainteresowany ani świat zewnętrzny ani wąska klasa rządząca Filipinami.


W. Tochman, Eli, Eli. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013. Fotografie Grzegorz Wełnicki.

Ten tekst bierze udział w konkursie Blog Roku 2014 w kategorii Tekst roku.


2 komentarze:

  1. Czy przyznanie się do zarabiania na biedzie zmienia wartość moralną takiego postępowania ? Moim zdaniem nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tochman bardziej uwrazliwia niz zarabia.Trudno ocenic ile osob po przecztaniu ksiazki zacznie pomagac ludziom skrajnie biednym, sam autor pomogl kilkoro.Niech kazdy pomoze jednemu dziecku przez adopcje na odleglosc a strefy nedzy zaczna sie kurczyc.

    OdpowiedzUsuń