czwartek, 1 marca 2012

Myśliwi

Przez kilka tygodni, począwszy od 11 kwietnia 1994 roku, dziesięciu mężczyzn przyłączało się do większej grupy mieszkańców okolicznych wiosek i wychodziło na polowanie. Myśliwymi byli członkowie plemienia Hutu, „zwierzyną” ich sąsiedzi z plemienia Tutsi. Kaci i ofiary. Pierwsi mieli do wykonania pewne zadanie, bo jak mówił jeden z nich: „Zasadą numer jeden było zabijanie. Zasady numer dwa nie było. To była organizacja bez zbędnych komplikacji”.
Jean Hatzfeld w Sezonie maczet koncentruje uwagę na wydarzeniach od 11 kwietnia do 14 maja 1994, które rozgrywały się na trzech wzgórzach powiatu Nyamata w Rwandzie: Kibungo, Kanzenze, N`tarama. Konkretni ludzie, miejsca są punktem wyjścia do szerszych rozważań, refleksji nad motywami ludobójstwa. Reporter przedstawia swoje spojrzenie na mechanizmy prowadzące do sytuacji, w której człowiek staje naprzeciw drugiego człowieka i zadaje mu śmiertelny cios, a następnie powtarza tę czynność w nieskończoność.
    Bohaterami książki jest grupa mężczyzn, ludzi w różnym wieku, wykształceniu, którzy przez kilka tygodni zabijali Tutsi i odznaczali się gorliwością w wykonywaniu swoich zadań. Autor odwiedza ich w więzieniu w Rilimie, natomiast czytelnik poznaje, gdy pierwszego dnia rzezi spokojnym krokiem idą na miejsce odprawy. W tekście znaleźć można informację o rodzinach więźniów, ich relacje na temat udziału w zabójstwach, ich dalsze losy po osądzeniu. Czytelnik książki siada wspólnie z autorem pod akacją w Rilimie, na której wikłacze wiją gniazda, i słucha katów. Uderzające jest nie tylko to, o czym opowiadają, ale także sposób w jaki mówią. Hatzfelda, który w Nagości życia spisał świadectwa ofiar, uderza spokój morderców. Reporter twierdzi, iż mówią monotonnym głosem, kluczą, starają się umniejszać swoją rolę w dramatycznych wydarzeniach, czasami kłamią, panują nad emocjami. Charakterystyczne, że zaimek „ja” zamieniają na „my”. „Ja” zostało przez nich zepchnięte, niemal zniknęło, dominuje „my”. „My” jako dziesięcioosobowa grupa, ale także „my” – plemię Hutu, większa zbiorowość, gdyż odpowiedzialność jest wówczas inna, rozmywa się. Swoją aktywność przypisują zbiorowemu szaleństwu, gdyż jak mówi jeden z nich: „ja sam nie rozpoznaję się w tym człowieku”.
    Autor wprowadza czytelnika w historię Rwandy, opisuje migracje plemion Tutsi i Hutu, wyjaśnia ich przyczyny, istniejące napięcia i waśnie, ale także dobrosąsiedzkie relacje. Nie słychać pytań reportera, ale wypowiedzi uwięzionych poprzedzane są kontekstem, odbiorca poznaje nie tylko przekaz konkretnej osoby, ale także uwarunkowania historyczne i społeczne wydarzeń. Interesujące są dociekania Hatzfelda na temat ludobójstwa, a zwłaszcza analogii pomiędzy eksterminacją Żydów w czasie drugiej wojny światowej a rzeziami w Rwandzie. Reporter dostrzega podobieństwa, pomimo iż rządy w Trzeciej Rzeszy i w Rwandzie dzieliło niemal wszystko: kontynent, czasy, historia, kultura czy wreszcie sposoby działania. Narastające napięcia, propaganda wymierzona przeciw Tutsi doprowadziła do sytuacji, w której człowiek wykorzystał swoje narzędzie pracy, by pozbawić życia innego człowieka. Grunt był przygotowany i wystarczyła iskra, zamach na prezydenta kraju, by Hutu skutecznie wykorzystali swoje maczety. Dla rozmówców Hatzfelda plan dnia był prosty: śniadanie, następnie na sygnał przywódcy rozpoczynano tropienie na bagnach, potem na gwizdek kończono „pracę” i rozpoczynały się grabieże, podziały parceli zabitych, picie alkoholu, posiłki, powrót do rodziny, by następnego dnia znów wrócić na bagna. Oprawcy czuli się bezkarni. Wykonywali swoje zadania, zabójstwa były jak praca, tylko mniej męcząca niż uprawa roli, dawały większe korzyści materialne. Taka była postawa morderców i jak stwierdzają: „Dostaliśmy robotę i wykonywaliśmy ją jak najlepiej” i dalej: „Żelazu jest obojętne, czy używasz go, żeby ściąć gałąź, zwierzę czy człowieka”. Oprawcy pamiętają raczej pierwsze swoje ofiary, potem zabijanie stało się czymś normalnym, codziennym, twarze rozmyły się, zatarły, zabici stali się bezimienną masą, zabójcy przywykli. Autor książki już na początku tekstu wyjaśnia, że jego rozmówcy przed masakrami byli przeciętnymi ludźmi, nigdy nie mieli osobistych zatargów z Tutsi, a jednak chwycili maczety i każdego dnia skwapliwie przeczesywali bagna. Czy żałują? Raczej tego, że nie udało się doprowadzić sprawy do końca, że trafili do więzienia, a ich ziemia nie jest uprawiana, że tracą czas. Po wyjściu na wolność, mają nadzieję na przebaczenie. Uważają je za coś naturalnego i zamierzają wrócić do życia sprzed ludobójstwa. Autor snuje refleksje na temat przebaczenia. Czy jest ono możliwe? Czy kat ma prawo o nie prosić, a ocalały udzielać go?
    Czy byli Hutu, którzy nie brali udziału w tym szaleństwie? W Sezonie maczet Hatzfeld podaje kilka nazwisk. Wymienia człowieka, który wolał płacić wysokie grzywny niż zabijać, przywołuje historię kobiety, która uratowała niemowlę Tutsi.
Czytając książkę Hatzfelda odnosi się wrażenie, że jego rozmówcy, utracili zdolność odróżniania dobra od zła. Odbiorca tekstu widzi oszalałych, agresywnych oprawców, którzy z maczetami przemierzają bagna, słyszy ich głosy, gdy opowiadają o wydarzeniach sprzed kilku lat, jakby to nie oni zadawali ciosy.
    Jean Hatzfeld w więzieniu w Rilimie wysłuchał katów, dzięki czemu powstała książka, która choć w części przybliża sposób myślenia oprawców. Głos należy tu przede wszystkim do katów, ocaleni z ludobójstwa wypowiadają się rzadko, jednak gdzieś pomiędzy stronami usłyszeć można krzyk ofiar, poczuć ich strach, napotkać oskarżające spojrzenie tuż przed otrzymaniem śmiertelnego ciosu.

J. Hatzfeld, Sezon maczet. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012.
Recenzja ukazała się także na portalu Lektury Reportera: http://www.lekturyreportera.pl/ksiazki/mysliwi/ 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz